Książkowe rozczarowania 2019 roku

To już! 🚀 2019 rok oficjalnie dobiega końca, więc i ja dorzucę kilka słów podsumowania. Zaczynamy od rozczarowań, bo jest ich stosunkowo niewiele, co naprawdę mnie zdziwiło — mimo że przeczytałam w tym roku dużo książek, tych kiepskich było tylko kilka. Zanim przejdziemy dalej, chciałabym zaznaczyć trzy rzeczy: 1. znalazły się tutaj książki, które przeczytałam 2019 roku, niekoniecznie te, które zostały w tym czasie wydane; 2. to nie jest ranking, kolejność książek nie ma żadnego znaczenia; 3. są to moje prywatne rozczarowania i być może nie każdy z tych tytułów wpisuje się w definicję sformułowania "zła książka", o ile takie w ogóle istnieje.


"A ja żem jej powiedziała...", Katarzyna Nosowska

No właśnie, pani Kasiu, co próbowała mi pani tą książką powiedzieć? Jestem w grupie osób, które zbiór felietonów Nosowskiej ogromnie rozczarował, bo nie mam pojęcia o czym to wszystko miało być i jaki właściwie był cel tej publikacji. Autorka porusza całe spektrum tematów, takich jak: akceptacja swoich niedoskonałości (szczególnie nadwagi), terapia, związki, rodzicielstwo, ale każdy z nich jest zaledwie muśnięty i czasami trudno doszukiwać się głębszej puenty. Doceniam działalność artystyczną Nosowskiej, uwielbiam jej dystans do życia na świeczniku, ale jej teksty w książce są rażąco banalne i nie pozostawiają nawet najmniejszego miejsca na refleksje w czytelniku. Piękne wydanie, trochę humoru i pozorna lekkość są jedynie sposobami na zamaskowanie całkowitego braku jakiegokolwiek przekazu, który powinien z tego typu felietonów płynąć, a nie płynie. Nosowska próbuje powiedzieć czytelnikowi, że jest "zwykłym śmiertelnikiem" (ale takim w wersji cool), którego dotykają proste, ludzkie problemy, ale z drugiej strony rzuca nazwiskami celebrytów, z którymi się koleguje, co w efekcie wypada dość kuriozalnie. Felietony Nosowskiej z pewnością lepiej sprawdziłyby się oddzielnie, np. jako stała rubryka w gazecie albo pojedyncze posty na Facebooku. "A ja żem jej powiedziała..." to książka bardzo płytka, nawet jak na masowego odbiorcę. Na pochwałę zasługuje Andrzej Wąsik, który odpowiada za projekt graficzny. To zdecydowanie najmocniejszy punkt tej książki.

"Wielka samotność", Kristin Hannah

Wiem, że to raczej niepopularna opinia, ale uważam, że w procesie tworzenia książki Hannah wpadła w te same pułapki, co w przypadku "Słowika". W pewnym momencie "Wielka samotność" staje się za bardzo patetyczna, za bardzo rozbuchana, za bardzo amerykańska. Zakończenie pod względem ilości patosu przywodzi na myśl hollywoodzkie produkcje filmowe na temat wojny, a to całkowicie rujnuje świetnie zbudowaną fabułę. Ta książka ma kilka zalet — niejednoznaczni bohaterowie, trudne relacje rodzinne, wspaniale opisana alaskańska głusza. "Wielka samotność" miała ogromny potencjał i absolutnie nie dziwię się, że tak wielu osobom się spodobała. Ja jednak poczułam się mocno zawiedziona zakończeniem i niestety nie mogę ocenić jej jednoznacznie pozytywnie. Jeśli chcecie przeczytać moją pełną recenzję tej książki, odsyłam was ⪼tutaj⪻.

"Radio Silence", Alice Oseman

Jest to najbardziej kontrowersyjny tytuł ze wszystkich, bo od momentu premiery tej książki nie trafiłam na negatywną opinię na jej temat. Według mnie głównym problemem jest wątek Aleda i jego matki. Przez całą książkę autorka pokazuje wpływ toksycznej rodzicielki na swojego syna, co w konsekwencji doprowadza go do wielu problemów psychicznych, a w pewnym momencie autorka ewidentnie sugeruje, że Aled wpada w poważną depresję. Sposób, w jaki Oseman przedstawia tak poważne kwestie jest dla mnie absolutnie nie do przyjęcia. Postać matki jest płytka jak kałuża, autorka zupełnie nie pokazała czytelnikowi przyczyn tak silnej niechęci kobiety w stosunku do swoich dzieci, a przecież takie zachowania nie biorą się znikąd. W "Radio silence" matka nienawidzi swojego dziecka, bo.. bo tak. Ten temat nie został nawet podjęty. Spłycanie problemów Aleda do nieposprzątanego pokoju w akademiku i braku kontaktu telefonicznego jest ignorancją ze strony autorki. Główna bohaterka jest w połowie Etiopką, ale w "Radio silence" nie znajdziecie żadnych rozważań na ten temat. To jeden z wątków, które są na siłę wrzucone do powieści, bo są modne i fajnie napisać na blurbie, że książka "porusza współczesne problemy". W książce znajdziecie wątek homoseksualizmu, aseksualizmu, depresji, niemożliwych do spełnienia oczekiwań innych, wychowywania się bez ojca, toksycznych relacji w rodzinie, poszukiwania swojej drogi w życiu i z mojej perspektywy mówię — 90% tych wątków jest tutaj, bo się dobrze sprzedają. Dla mnie to książka, która traktuje ważne tematy powierzchownie. Naprawdę nie jestem w stanie pojąć tego fenomenu.

"Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek", Mary Ann Shaffer, Annie Barrows

To tytuł, którego nie wrzuciłabym do zestawienia złych książek, ale do rozczarowujących już zdecydowanie tak. Kilka słów o fabule: jest to opowieść o grupie przyjaciół, mieszkających na brytyjskiej wyspie, którzy tworzą tajne amatorskie stowarzyszenie literackie podczas niemieckiej okupacji w czasach II Wojny Światowej. Co zawiniło w głównej mierze? Forma epistolarna. Książka jest w całości w formie listów, które wymieniają między sobą bohaterowie, a to bardzo utrudnia czytanie. Było mi niezwykle trudno w tę książkę "wejść", musiałam co chwilę wracać do poprzednich listów, żeby przypomnieć sobie kto jest kim w tej opowieści,  a to z kolei ciągle burzyło mi uczucie lekkości i ciepła, jakie tego typu lektura powinna wywoływać. Książka jest bardzo przewidywalna; już od samego początku dokładnie wiedziałam do jakiego momentu zmierza wątek romantyczny, ale z biegiem stron nie zaczęłam czuć żadnej chemii między bohaterami (tutaj również winię formę, nie warsztat autorek). Myślę, że gdyby ta sama opowieść została przedstawiona klasycznie, przypadłaby mi do gustu dużo bardziej.

"Wieczór taki jak ten", Gabriela Gargaś

Książka tak urocza, że bolą zęby. Zdaję sobie sprawę, że literatura świąteczna (myślę, że już spokojnie możemy taki gatunek wyróżnić) zwykle jest czymś mało wymagającym i ambitnym, a za zadanie ma głównie zrelaksowanie czytelnika i przywrócenie wiary w magię świąt. Nie miałam dużych wymagań w stosunku do tej książki, a i tak podczas czytania co chwilę przewracałam oczami. Głównym problemem nie jest kiepski, gimnazjalny wręcz styl, fatalna (naprawdę fatalna...) korekta i redakcja, wyidealizowana główna bohaterka, którą można podsumować jako "męczennicę, która nosi swój krzyż z godnością, uśmiechem i optymizmem", ale przewijający się przez całą powieść moralizatorski ton, którym autorka próbuje mówić czytelnikowi jak ma żyć i co jest w życiu tak naprawdę ważne. To jest jedna z cech polskich powieści obyczajowych, która sprawia, że ten gatunek jest już prawie zdyskwalifikowany jako warty poznania w moich oczach, a w książce Gargaś mamy niemożliwe do wytrzymania stężenie tego typu coachingowych bzdurek. "Wieczór taki jak ten" jest w dodatku przepełniony absurdami. Przykład? W Złotkowie, malutkiej miejscowości, w której ulokowana jest fabuła, otwiera się... Starbucks. 🤨 Kurtyna.

"Finlandia. Sisu, sauna i salmiakki", Aleksandra Michta-Juntunen

Mam duży problem z tą książką. Autorka właściwie całkowicie skopiowała swojego bloga do książki, nie zmieniając nawet zdjęć. Jest tutaj sporo ciekawostek, ale całość jest bardzo kiepska pod względem literackim. Treści też wcale nie ma tak dużo — prawie połowa książki to przepisy (które pominęłam, bo moje umiejętności kulinarne kończą się na zrobieniu sobie tosta), dużą część wypełniają zdjęcia, które może i są ładne, ale ich celem jest raczej wypełnienie wolnej przestrzeni. Kilka ciekawych informacji i ładne wydanie nie wystarczy, żebym uznała tę książkę za dobrą. Poleciłabym ją jedynie tym, którzy nie zwracają aż takiej uwagi na styl i którzy lubią gotować (bo zakładam, że przepisy są ciekawe, ale co ja mogę na ten temat wiedzieć).








Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Instagram